poniedziałek, 3 maja 2010




Zara pozdrawia wszystkich poczuwających się z Dniem Zwycięstwa :D



pierwszy raz widziałam hoopa w Moskwie

niedziela, 2 maja 2010



ale ze mnie leń

już miesiąc minął od ostatniego wpisu :/
i w sumie to słabo mi się chce pisać...
za to wkleję fotki z dzisiaj, bo dziś byłam pierwszy raz na Arbacie.

wtorek, 6 kwietnia 2010

26.03 – 05.04

Długi tydzień.
Zaczynając od piątku 26go kiedy to z Walentyną wędrowałam po moskiewskich centrach handlowych szukając prezentu dla jej Miszka ;). Nie obeszło się bez wizyty w Czekoladarni i naleśników z makiem.
Po powrocie do domu okazało się, że Kolio i Peter organizują imprezę. Wzięłam ciastka jakie miałam w domu i poszłam na party. Na miejscu spotkałam Anię ( dziewczynę która z Olgą pracuje) i zaczęły się ploty . A zaczęło się od mojej reklamy edukacji w Koźmińskim, bo Ania wybiera się na wymianę i szuka uczelni, na którą mogłaby pojechać. Była też Tatiana (Czeszka) i mnóstwo, mnóstwo ludzi. Zadziwiające ile osób może się zmieścić na 20 metrach kwadratowych … Poznałam też Marcina i Karolinę (z Polski). Zaprosili mnie na niedzielę na komunalny obiad  - rewelacyjnie. Impreza zakończyła się około 1szej w nocy słowami głównych organizatorów :
- A kto chce iść z NAMI do klubu?
- A kto nie chce może tu zostać i dalej się bawić?
Odpowiedzi nie uzyskałam, tylko wymowne spojrzenie…
W sobotę nie udało mi się dotrzeć na statystykę, na 13tą byłam umówiona z Artiomem, poszliśmy do ZOO. Wiedziałam, że to nie najlepszy pomysł… Jeszcze nie wiosna, i w zoo szaro i buro i zwierzaki pochowane, bo i mimo słońca zimno było. Za to jadłam moja ulubiona watę cukrową. Wolę tą w Czeremsze na folkach … I widziałam moje ulubione zoo-zwierzę - żyrafę.
W niedzielę wybrałam się na obiad z Anią, (która oprócz tego że pracuje z Olgą jest studentka i mieszka w akademiku – tylko innym niż nasze w głównym budynku), która przyszłą do mnie jakiś czas po teoretycznym rozpoczęciu obiadu. Teoretycznym, bo praktycznie zaczął się on z duuużym opóźnieniem. Ale bardzo smacznie i miło było. I długo. W sumie tak minęła niedziela.
W poniedziałek były wybuchy w metrze.
We wtorek poszłam do Walentyny na filozofię. To był jeden z nielicznych razów kiedy to Wala sama się pofatygowała na ten wykład, zazwyczaj ja za nią na niego chodzę (swoją drogą dziś też byłam). Tam ona zapytała czy nie chcę sobie tanio manicuru zrobić, bo ona właśnie będzie jechać do znajomej i w sumie może i mnie wziąć, jeśli znajoma ta się zgodzi. I rzeczywiście w sumie tanio było, bo 35zł, czyli właściwie tyle co u nas. Takim oto sposobem trafiłam do „sypialni” Moskwy. Dzielnicy na okrajach miasta gdzie same wieżowce. Przejeżdżałam też przez fabryczne dzielnice miasta.
W czwartek rano Walentyna wyleciała do Polski. Na tydzień. A ja prawie pół dnia spędziąłm w cerkwi.
Piątek (Wielki Piątek) też przeszedł pod hasłem przygotowań do Paschy.
W sobotę znów się umówiłam z Artiomem. Tym razem na rolki. Na początku postawił przede mną zadanie znalezienia rolek wśród znajomych, bo wypożyczenie za dzień kosztuje 50zł! Bardzo się zdziwił, kiedy oświadczyłam, że rolki mam . Problem był inny… Na rolkach jeździłam jakieś 13 lat temu :D. Myślałam, że po 30 min je zdejmę i zakończy się zabawa, a ja po 30 min tak się oswoiłam, że ani mi się śniło je zdejmować z nóg. No ale Artiom to wymiatał na swoich. Jazda figurowa na rolkach była :D. Swoją drogą byliśmy w tym centrum targowo-wystawowym (gdzie już raz byliśmy, tam gdzie największa chlewnia Związku Radzieckiego była). Była piękna pogoda, wściekłe słońce i ludzi masa wyległa na ulice. I rolki odpowiednik zimowych łyżew – sport narodowy chyba :D. Tu 5latki na rolkach poginają. Aż mi wstyd było za siebie ;). Z drugiej strony u mnie na wsi chyba byłam jedynym stworzeniem posiadającym rolki :D więc i tak dobrze że umiem na nich śmigać.
Artiom trochę mnie olał jak tak byliśmy, zapoznał się z jakimiś ludźmi i słabo zwracał na mnie uwagę, ja natomiast jakoś nie bardzo pozytywnie podeszłam do tej nowej zbiorowej znajomości, zwłaszcza jak 10 facetów stanęło i zaczęło jarać szlugi. Koszmar. I ten smród ruskiej wódki, bo piknikowi towarzyszyły procenty. Więc zmyłam się. W końcu zaczęło się robić zimno. „Wezwałam” Tiomę i pojechaliśmy dalej, tzn. pojechaliśmy po jego ojca a z nim na kanał (gdzie też już byłam) żeby łamać lód. Lud się kruszył bajecznie… W takie patyczki kryształowe… Pięknie było. Największą frajdę miał zdecydowanie tata Tiomy :D. Potem przespacerowaliśmy się do dworca kolejowego Chimok i stamtąd pojechałam na elektrycznie do domu. Tym samym zapoznałam się z nowym środkiem transportu w Rosji (Moskwie).
W domu byłam około 22ej. Późno, więc plany pospania przed nocnym paschalnym nabożeństwem spełzły na niczym.
O nocnym nabożeństwie i świątecznej niedzieli napiszę w oddzielnym poście.

Rektor Moskiewskiego uniwersytetu zaprasza

Rektor Moskiewskiego uniwersytetu zaprasza:
Moskiewski Paschalny Festiwal
Koncert orkiestry Mariańskiego teatru
Dyrygent – Walerij Giergijew
W programie utwory:
Szostakowicza, Szczedrina.
Będąc studentem MGU nie musisz iść do góry, Góra przyjdzie do ciebie. Dostałam wczoraj wejściówki na koncert orkiestry i chóru jednego z najświatlejszych teatrów Moskwy – Mariańskiego teatru. Jeszcze wczoraj się zastanawiałam czy wstanę i wybiorę się na 10:30, dziś bardzo się cieszę, że mi się udało. Koncert odbył się w Sali koncertowej GZ MGU. Daleko iść nie musiałam. I co było jeszcze ciekawe, siedziałam w odległości 3 metrów od Mai Plisieckiej (legenda rosyjskiego baletu). Niestety zdjęcia z nią nie mam. W sumie może i jakieś mam (bo było wielu fotografów) ale nie wiem o tym.
W czwartek kolejny koncert, o 17tej. I teraz mam dylemat – iść na zajęcia z rosyjskiego biznesowego czy opuścić drugi raz zajęcia i iść na koncert? Pewnie pytanie retoryczne... Tylko weźcie pod uwagę, że zapewne już więcej Mai Plisieckiej tam nie będzie .

XPUCTOC BOCKPECE!!

środa, 31 marca 2010

zagadka, konkurs !!!!

Rozszyfruj pochodzenie rosyjskiego imienia MELS.
za udzielenie pierwszej poprawnej odpowiedzi przysłanej na moją pocztę czeka nagroda :D

poniedziałek, 29 marca 2010

Wybuchy bomb w moskewskim metrze



No tak, po spokojnym, słonecznym, świątecznym weekendzie przyszedł tragiczny poniedziałek. Po 6 latach od ostatniej takiej tragedii znów doszło do wybuchu w moskiewskim metrze, w dodatku na dwóch stacjach.
Około 10tej czasu moskiewskiego zadzwonił do mnie Bartek z zapytaniem, co tam się u nas dzieje, że jakieś zamachy w metrze. Raczej radia nie słucham tu wiec nie bardzo wiedziałam, o co chodzi. Najpierw przez Internet w komórce weszłam na Onet i tak przeczytałam, co się dzieje.
Wiecie, jak się nie ma do czynienia bezpośrednio z metrem moskiewskim, i ewentualnie się wie z internetowej encyklopedii, czym ono dla Moskwy jest to nie ma opcji uświadomić sobie, co znaczy wybuch w takim metrze, już nawet nie z punktu widzenia liczby zabitych i rannych, a z punktu widzenia problemów w transporcie. Wydawało by się, że zamkniętych 5 stacji metra, gdy na jednej linii jest ich około 20, a linii 11 to co to jest, całe nic. Z tym, że stacje metra leżą w odległości kilku kilometrów (od2 do 5km między stacjami). Stacje metra są na głębokości do 30 metrów. I w sumie zaraz jak pomyślałam o tym, że zginęli tam ludzie zaczęłam zastanawiać się jak ludzie w takim razie się przemieszczają. Jeden z wybuchów był na pierścieniowej linii (najbardziej zaludnionej linii metra) w dodatku w porannych godzinach szczytu. W godzinach szczytu przemieszczanie się na powietrzni jest 5-7 razy wolniejsze niż zazwyczaj. Ulice zapchane po brzegi praktycznie stoją, a kultura jazdy jest trochę inna niż u nas i kiedy jedzie karetka na sygnale nikogo specjalnie to nie zrusza… Więc ogólnie ciężko było dojechać do miejsca tragedii. Jeszcze o 13tej większość ulic centralnej części miasta (centrum to to co w środku kola metra się znajduje) było zapchanych, teraz też długość korków wynosi od 4 do 7 km. Metro w części miedzy jedna a drugą tragiczną stacją jest nieczynne jeszcze teraz gdy to piszę czyli o 15tej. Ja co prawda byłam przekonana (choć tego sobie nie wyobrażałam), że w ogóle metro jest zamknięte. Ale to przecież byłby paraliż całkowity miasta. Jak powiedziała pani dyżurna z mojego piętra metra nie da się zatrzymać. Na zamkniętej części metra puszczono 80!! zastępczych autobusów! 5 stacji metra – 80 autobusów!
Wybuchy miały miejsce przed 7:57 mą na Łubiance i o 8:37 na stacji Park Kultury. Obie stacje znajdują się na czerwonej linii metra. Wybuchy nastąpiły, gdy pociągi znajdowały się na stacjach. Na pierwszej stacji wybuchło 4 kg ładunku wybuchowego, na drugiej 15-2 kg. Według tego co do tej pory słyszałam podejrzewa się, że wybuch uskuteczniły dwie samobójczynie terrorystki. Podejrzewa się kobiety z północnego Kaukazu, Szachidki,dlatego że miały na sobie szachidskie pasy (choć szachidki w tłumaczeniu męczennice za wiarę i muzułmanie nie specjalnie zgadzają się z tym, żeby zabójczynie nazywać męczennicami za wiarę). Jedna z dziennikarek cały czas podkreśla, że nie można od razu zrzucać całej winy na Kaukazców, w wyraża straszne jak dla mnie obawy, że teraz może się zacząć wściekła nagonka i zabójstwa dziewczyn z Tadżykistanu. Straszne… Machmurat (jeden z moich kaukaskich kolegów) jest z Tadżykistanu. Tak szczerze mówiąc to tyle tu (w Moskwie) wszelakich nacji i różnego syfu, że chyba nie można nikogo kojarzyć z tym, co się stało.
Jak wstałam, zadzwoniłam do Artioma, przekonana, że on już o wszystkim, okazało się że on nic nie wie bo jeszcze śpi a w ogóle to przerwało nam rozmowę. Okazało się, że przerwanie łącza wynikało z przesilenia sieci z powodu licznych telefonów związanych z połączeniami z bliskimi w celu sprawdzenia - co z nimi. Potem zadzwoniła do mnie Walentyna, z drżącym głosem pytając czy przypadkiem nie przyszło mi do głowy rano wybrać się do cerkwi gdzieś w centrum (zaczął się Wielki Tydzień). Uspokoiłam ją, że dopiero wstałam i żeby się nie martwiła. Okazało się, że gdy 6 lat temu doszło do ataku ona znajdowała się w metrze. W związku z wybuchem jej skład został zatrzymany w tunelu na 1,5 godziny. Pasażerów nie poinformowano o tym co się stało. O ile na stacjach metra jest zasięg komórkowy to w tunelach on zanika… Tym samym dziadkowie Walentyny przez kilka godzin żyli w przerażeniu… Myślę, że teraz też bardzo dużo było takich przypadków.
Długo nie dopuszczano dziennikarzy do miejsca tragedii.
Jeszcze o ciemnej stronie tego strasznego wydarzenia. Okazało się, że jak zawsze znalazły się hieny, które postanowiły zarobić na tragedii. Żeby dojechać do centrum miasta niektórzy taksówkarze zaczęli ściągać od ludzi po 5-10 razy więcej za przejazd niż zazwyczaj.

Jutro będzie Dzień żałoby narodowej. Zginęło 37 osób, rannych jest 65 osób. Wśród umarłych nie ma dzieci.

16:00
Metro dalej w pełni nie działa, najdłuższy korek w mieście sięga obecnie 11 km!

http://www.gazeta.ru/news/seealso/1475994.shtml
http://www.gazeta.ru/subjects/terakti_v_metro.shtml

czwartek, 25 marca 2010

Tu mieszkam. Plen metra



i bardziej standardowy plan moskiewskiego metra :)
Ja mieszkam na czerwonej linii.
Tak sobie myślę teraz, że mogliśmy mieć w Warszawie coś na podobieństwo tego (żal)

środa, 24 marca 2010

matka rewolucji :D

W poniedziałek wieczorem jeden ze znajomych, z którym prowadziłam ciekawa swoją drogą dyskusje o różnicach w światopoglądzie, oświadczył: a wiec to przez ciebie Wagif nam oświadczył, że chce walczyć z korupcją! :D To niesamowite... tak mnie to zadziwiło... A dziś Artiom stwierdził, że jeśli w Moskwie zacznie się rewolucja to będzie wiedział od kogo się wzięła. :D
Dziś umówiliśmy się popołudniu na stacji metra Recznoj wagzał (końcowa stacja zielonej linii) i stamtąd poszliśmy na prawdziwy dworzec rzeczny, obecnie niestety nieczynny.


Tylko zastrzegam, zdjęcia są z neta. Dworzec jest przy kanale, który dziś jest zamarznięty, można po nim chodzić. Tzn. już nie teraz, bo za późno i niebezpiecznie ale w styczniu, jak najbardziej :)







poniedziałek, 22 marca 2010

dżdżysty, mglisty, wietrzysty ten weekend był, ale udany

Dni jakoś tak szybko uciekają… Pewnie dlatego, że dużą ich część przesypiam lub przesiaduję na necie. Weekend też szybko zleciał.


Piątek miał być bardzo aktywny, tzn. miałam na to nadzieję zważając na to jak wyglądały dwa poprzednie, spędzone z Walentynką dni. Lubię z nią spędzać czas… w ogóle nie lubię sama być, więc nawet jak Wala przychodzi do mnie, żeby uskutecznić sobie drzemkę do mnie to cieszy, że ktoś jest. Walentynka śpi (a pod kożuchem, bo zimno).
W czwartek Walentynka drzemała a ja latałam załatwiać dokumenty dla przedłużenia wizy, bo ta, którą mam obecnie jest ważna do 8.04 (takie procedury bez sensu, że nie można wydać było wizy na cały pobyt od razu). Jednak zanim poszłyśmy do akademika zahaczyłyśmy o stołówkę :) . I jeszcze jedno miejsce : 2 piętro GZ gdzie tego dnia odbywały się targi pracy. Niestety słabym jestem kandydatem na jakiekolwiek praktyki, dlatego że nie mam obywatelstwa rosyjskiego i pracodawcy boją się formalności związanych z załatwieniem pozwolenia na pracę… szkoda. Na piątek też zapowiadało się spotkanie z Walentyną… Niestety po pierwszej godzinie zajęć zadzwoniła, że jest chora ma 37,8 i leży w łóżku… Fakt, musiałam powstrzymać się od śmiechu i komentarza… Z drugiej strony Wala to takie filigranowe stworzenie, że może rzeczywiście ścina ją z nóg już stan podgorączkowy. Wieczór przesiedziałam w Internecie gadając z Bartkiem i pisząc z Artiomem (moskwiczanin, nawet z tej samej dzielnicy jak Walentynka, ale się nie znają. W tym roku zakańcza moskiewską uczelnię lotniczą). Umówiliśmy się na sobotę na spacer. Tak mnie to ucieszyło, bo już nie mogę siedzieć w jednym miejscu, a z drugiej strony nie mam z kim chodzić na wycieczki a żeby łazić sama musiałaby mnie choć pogoda motywować. A pogoda zdecydowanie demotywująca. W piątek spadło jakieś 4 cm śniegu na suche już chodniki a od piątku jest deszczowo, dżdżyście i mgliście, a dziś na dodatek bardzo wietrznie!


W sobotę miałam wstać o 8mej, żeby spokojnie zdążyć się wybrać na 9:30 na zajęcia. Wyłączyłam budzik, przebudziłam się prawie o 9:30 i stwierdziłam, że już nie pójdę na nie i dalej usnęłam… Wstałam około 13tej obudzona telefonem od Teresy, która potrzebowała żeby coś tam jej znaleźć w jej pokoju i przeczytać. I to dopiero misja była… Bo ja z czytaniem po rosyjsku na bakier bardzo jestem. No ale Teresa dostała co chciała, a ja musiałam już się streszczać z wybieraniem na spotkanie z Tiomą, wyznaczonym na 15tą na jednej ze stacji metra. Swoją drogą mam takie wrażenie, że tu ludzie jak się umawiają na jakąś wycieczkę, spacer itp. to często pkt. spotkania jest właśnie metro. Około 2ej dostałam smsa, że spóźni się jakieś 20 min, i nie dość, że mnie to nie zdziwiło, bo dziwnym to dopiero by było jakby mieszaniec tego miasta nie spóźnił się, to w dodatku ucieszyło mnie to, bo ja też cały czas mam tu jakieś spóźnienia i tym razem też tak było. W sumie spotkaliśmy się o 15:30. I wybraliśmy się na spacer po takim ciekawym miejscu gdzie na powierzchni 20 ha ziemi znajduje się kilkanaście pawilonów dziś pełniących funkcję hal wystawowo-targowych a kiedyś mieściły w sobie największe osiągnięcia ZSRR tak w dziedzinach nauki, techniki czy kultury jak i rolnictwa czy przemysłu.
Najlepsze było hasło : a to była główna chlewnia Związku Radzieckiego, tu trafiały najdorodniejsze i najlepsze okazy zwierząt hodowlanych kraju :D. Myślałam, że umrę ze śmiechu. Pawilon nr 1, czyli najważniejszy budynek całego kompleksu poświęcony był… no i kto z Was wie, na punkcie, jakiej dziedziny Związek Radzicki miał hopla? Podpowiedź na załączonym zdjęciu ;) .

Zaszliśmy też do jednego z pawilonów (ogólnie było późno i większość z nich już nie bardzo pracowała) gdzie była wystawa motyli. Na początku lekka konsternacja…, bo po wejściu do budynku zamiast motyli widziałam stoiska z ciuchami… Ale po przejściu kilkunastu metrów trafiliśmy do kasy biletowej wystawy motyli. Bilet nie tani: 20zł kosztował studencki wstęp na wystawę, która miała jakieś 50metrów kwadratowych. Ale za to motyle były żywe i sobie swobodnie latały po całej powierzchni wystawowej. Ja znam tylko dwie łacińskie nazwy motyli paphilio machaon i pyremeis atalatua i miałam nadzieję, że je tam spotkam i w końcu się dowiem jak wyglądają. Niestety obu nie było. Za to były inne ślicznotki:






I tak 4 godziny łaziliśmy po tym, jak by nie patrzeć robiącym wrażenie kompleksie porównując wszelakie zjawiska występujące w Rosji i w Polsce. Gdy już byliśmy pod akademikiem postanowiliśmy jeszcze na ten plac widokowy, o którym już Wam kiedyś wspominałam się wybrać. I to był dobry krok bo po drodze mogłam zaobserwować kolejne ciekawe zjawisko, taki moskiewski folklor :D .
Była godzina jakaś 21sza. Zbliżamy się co raz bliżej placu widokowego i zaczynam słyszeć głośno grającą muzykę taneczną i jakieś dziwne samochody a na wszechpłynacych od topniejącego śniegu chodniku stoją wesołe małolatki wyginające się w rytm muzyki płynącej z głośników samochodu… Dla pełni glamuru należy wspomnieć o nieustannym błysku fleszy (czyt. Fotkach cyfrówką). I w sumie zjawisko można by było uznać za zwyczajne gdyby nie fakt, że auta o których mówię miały długość jakichś 10-15 metrów :). Młodzi ludzie, który uważają, że osiągnęli w swoim życiu wielki sukces (a tak naprawdę fartem zostali dziećmi swoich bogatych rodziców) w taki oto sposób bawią się w sobotni wieczór, wożąc się po mieście i urządzając sobie pokazy-dyskoteki w co śmieszniejszych (moim zdaniem) miejscach. A najzabawniejsze jest to można było nawet przeprowadzić konkurs na najlepsza objazdową imprezę bo kandydatów parkujących od siebie o kilka metrów było kilku :D. Zdjęcia nie pstryknęłam, bo nie bardzo pewna się czułam… tzn. nie wiem, jaka by była reakcja uczestników prywatki.
A tak już zostawiając folkowe klimaty to powiem, że widok na Moskwę w nocy jest świetny.
W sumie tego dnia chodziłam bezustannie 6 godzin! Przeszłam minimum 15 km, choć myślę, że więcej. Gdy wracałam do domu zastanawiałam się czy będę w stanie wstać z łóżka następnego dnia, bo już wtedy czułam zakwasy.


W niedzielę w końcu wstałam tak, żeby pójść do cerkwi. W sumie miałam istotny powód – imieniny. Ludzi było bardzo dużo na nabożeństwach a co wydało mi się godne zauważenia to to, że około 90 % przystąpiło do Eucharystii. Po służbie jeden z księży zawołał kilkakrotnie: „kto na chrzciny!?” Nie mogłam sobie tego odmówić wiec zabrałam się razem z nim. Chrzciny odbywały się w oddzielnym pomieszczeniu jeszcze w budynku cerkwi. Pomieszczenie to było specjalnie do chrzcin przygotowane. Tego dnia chrzest przyjmowały 3 maleństwa płci męskiej. Co ciekawe, w chrzcie uczestniczyły mamy maluszków a drugiej strony chrzczone robaczki były w całości trzykrotnie zanurzane w wodzie święconej znajdującej się w specjalnym naczyniu ( w kształcie kielicha tyle, że metrowego). Wyjęłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia. I tu zonka zaliczyłam, okazało się, że wzięłam aparat bez karty pamięci a aparat jest w stanie zapisać jedynie 3 zdjęcia. W sumie trzy zdjęcia to nie tak mało a nawet powiedziałabym, że wystarczająco, żeby wam pokazać jak to wyglądało. Problem jest innego rodzaju… nie mam kabla żeby przenieść je zdjęcia z aparatu na komputer. Jak mi się uda to obiecuję pokazać Wam te fotki. Po chrzcinach porozmawiałam chwilkę z księdzem, który udzielał chrztu i okazało się, że ma w Polsce jakichś znajomych czy rodzinę i raz w roku do nich jeździ :).

Po powrocie do domu zjadłam prowizoryczny obiad a potem zaproponowałam Teresie „kubeczek wina” z okazji moich imienin. W sumie wczoraj dużo gadaliśmy. O tym jakie są jej upodobania jeśli chodzi o facetów, gdzie i jak spędza wolny czas, na jakim poziomie zna język białoruski ( a raczej, że go nie zna), jaki jest jej stosunek do Łukaszenki, o tym, jak świetnie funkcjonuje socjal w jej kraju i że na Białorusi wszyscy wiedzą, że Polska cały czas hoduje opozycję dla obecnych białoruskich władz. Wiem też ile kosztuje fikcyjna przepustka, która umożliwia swobodne poruszanie się po budynku GZ z akademikami włącznie. Kosztuje 100 zł. Wiem też, że istnieje proceder nielegalnych mieszkańców akademika i jak to dokładnie wygląda. Nielegalny mieszkaniec płaci za pokój około 1000-1200 zł. W sumie niewiele, zważywszy na to, że kawalerka w Moskwie to 2000-2500 zł.

Wieczorem miałam oglądać z kolegami Kaukazami film przy okazji świętowania moich imienin (najlepsze, że w związku z tym, że są muzułmanami to nie mają pojęcia, co to imieniny). Niestety nie wyszło nam to bo mieli wieczorem jakichś nieoczekiwanych gości i nie mogli przyjść. Sama więc obejrzałam filmy i kiedy około 3 nad ranem zebrałam się spać ktoś zaczął pukać do drzwi. Niestety nie chciał odpuścić mimo, że nie reagowałam. W końcu zapytałam (nie otwierając drzwi), o co chodzi i okazało się że jakiś najprawdopodobniej „spragniony” młodzieniec szukał swojej koleżanki (no bo jak wytłumaczyć to, że pytał o kogoś kto u nas nie mieszka…).

Dziś cały dzień siedziałam w pokoju w stroju piżamowym i zgrzytałam zębami z zimna, bo taki straszny wiatr hula, że dwa okna nie chronią przed nim… Dziś też padał deszcz. No mam nadzieję, że idzie Wiosna i że ten deszcz to po to, żeby jak najszybciej roztopił się śnieg a wiatr żeby szybko wszystko wysuszyć.

Pisałam też dziś kartki pocztowe… i tak sobie pomyślałam, że jeśli ktoś z Was ma ochotę takową ode mnie otrzymać to niech mi poda adres, na który mam ją wysłać.

czwartek, 18 marca 2010

i jeszcze standarcik


W sumie to zdjęcie powinnam wrzucić jak tylko się powstało czyli około 3 trzeciego tygodnia mojego tu pobytu. To była jedna z niedziel, o których nie napisałam w blogu do tej pory ale i nie będę się za bardzo rozpisywać. Na zdjęciu jak poznajecie jestem ja, Dasza (jedna, jak się okazuje, z wielu koleżanek Wiktora :D ) i sam Wiktor. Zdjęcie bardzo standardowe. Chyba każdy turysta czy w ogóle obcokrajowiec ma takie w swoim albumie. I ja też mam, żeby nie było. :D

środa, 17 marca 2010

no to teraz będę się zajadać smażonymi kartoflami z naszej akademickiej stołówki

We wtorek z nieświadomą pomocą Wagifa dokonałam tego odkrycia.
Otóż jest!Jest smażony kartofel w naszej stołówce :D!!!!
Wczoraj kiedy po południu siedziałam na necie Wgif udawał się na posiłek do naszej uniwersyteckiej karmicielki. Zauważywszy mnie, podszedł i zaproponował mi pójść ze sobą. W sumie dopiero co wyznałam w telefonicznej rozmowie z Bartkiem, że potwornie jeść mi się chce... Jednakże w związku z tym, że wiedziałam jakie menu zastanę w stołówce po drodze zaopatrzyłam się w orzeszki z masą czekoladową (które ostatnio pochłaniam kilogramami) i poszłam z Wagifem tak raczej dla towarzystwa. Okazało się, że stołówka znajdująca się po stronie bliższej naszego sektora ma przerwę z jakichś tam swoich technicznych powodów. No wiec podążyliśmy przemierzając cały budynek w kierunku przeciwległej stołówki znajdującej leżącej najdalej od naszego sektora mieszkalnego... I co się okazało?! Że menu w obu tych zacnych jadłodajniach jest różne!! Tzn. ono w danej stołówce jest codziennie takie samo, natomiast obie stołówki maja inne w stosunku do siebie menu. :D I w tej dalszej stołówce są codziennie serwowanie smażone kartofle :D! Fakt, że wczoraj została dla mnie tylko jedna porcja (a że porcje są małe to ja potrzebuje 2 a nawet 3) to jadłam wczoraj smażone kartofle z kaszą gryczaną i surówką z czerwonej kapusty, lub jak ktoś woli kasze gryczaną ze smażonymi kartoflami i surówką z czerwonej kapusty. Z napoi polecam kompot malinowy (z prawdziwymi malinami na dnie szklanki).
Za taki obiad płaci się około 5 zł. :)
Będę żyła!... A już myślałam, że umrę z tęsknoty za normalnym żarełkiem :D

Przy dobrej muzyce dobrze się śpi

Niedziela przeleciała w sumie dość szybko. Po sobotnich szaleństwach wstałyśmy przed 10tą bo Walentyna musiała lecieć jakieś sprawy załatwiać. cały dzień jakoś tak szybko zleciał (bo w sumie dużą jego część na necie przesiedziałam). A propos tak wygląda netowanie na parterze głównego budynku MGU.
Popołudnie zeszło na wybieraniu się na koncert. Chętnych iść było 7 osób ale w związku z tym, że zarezerwowałam 6 miejscówek to poszło nas 5 osób. Przy czym towarzystwo było międzynarodowe i międzykulturowe :

Od lewej węgierski Austriak Wiktor, Masza - Rosjanka (koleżanka Wiktora, Bartek (o właśnie, w końcu macie okazję go poznać), Wagif (Dagistańczyk)& ja :) .
Koncert był o 18tej, wyszliśmy z domu 17:10 teoretycznie spóźnieni jak przystało na Moskwę i tubylców. Tutaj nie spóźnić się jest czymś prawie nierealnym. Ogólnie przez chyba największe na świecie korki ale i przez mentalność. I jeśli ktoś uważa, że stał kiedyś w korku (np. w Warszawie) to zupełnie nie ma pojęcia co znaczy prawdziwy korek uliczny. Może ewentualnie ten kto stal w korku na zakopiance może porównywać się z kierowcą moskiewskim. No ale wracając do spóźnień, Wiktora koleżanka też takowe zapowiedziała. Dlatego umówiliśmy się z nią już na stacji metra gdzie znajdowało się Państwowe Muzeum im. Puszkina. Tzn. od wyjścia z metra jeszcze trzeba było kawałek przejść. I tu się znów zaczęła przygoda. Ruscy nie używają mapy kiedy usiłowałam nią się posłużyć nie dano mi szansy. Wagif zaczął pytać przechodniów jak trafić do potrzebnego nam miejsca. I tu znów niespodzianka, okazuje się ze moskwiczanie znają dwa muzea Puszkina ale żaden z nich nie jest tym, o który nam chodziło. Na na dodatek nawet do tych o których oni myśleli odprawiali nas w różne strony. :) Dlatego kategorycznie wyjęłam mapę i zlokalizowałam obiekt :). Na miejscu okazało się, że wejście było swobodne (tzn. nikt nas nie sprawdzał z nazwiska) wiec i ci dwaj chłopcy, którzy nie poszli w sumie mogli też się z nami zabrać. Jak się okazało na miejscu byliśmy w nielicznej grupie przedstawicieli młodego pokolenia ;). Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie (bo tylko tam było miejsce) co w sumie mnie uradowało bo mogliśmy wygodnie się rozsiąść. Po drodze na koncert przypomniałam sobie jak ja przecież reaguje na tego typu koncerty. Kiedyś kilka razy (w ramach wykonywanej pracy) chodziłam na koncerty organowe. Jak koncert był dobry to zasypiałam w ciągu 5 minut od rozpoczęcia koncertu... I jak już sobie przypomniałam tą zależność to uświadomiłam sobie jak i ten koncert się skończy, o czym uprzedziłam moich towarzyszy. W sumie nie tylko ja przysypiałam, bo i Wagif ledwie trzymał głowę w pionie ;). Maszy i Wiktorowi za to bardzo się koncert podobał :).
W każdym bądź razie mam poczucie wypełnionego patriotycznego obowiązku odświętowania roku Chopina, ale więcej na taki koncert nie pójdę raczej. Po koncercie wróciliśmy prosto do domu.

Aaaa... w czasie tej wycieczki 2 razy o mały włos nie skręciłam nogi... na szczęście obeszło się bez tragedii.

wtorek, 16 marca 2010

девишник (babski wieczór)

Miał miejsce w sobotę. Dzień zaczął się moim półgodzinnym spóźnieniem na statystykę. Co prawda miałam nadzieję, że i wykładowca jak jak robił to do tej pory i teraz się wcześniej nie pojawi. Niestety i on już był i cała grupa. No cóż, przynajmniej nie zasnęłam na zajęciach. Potem poszłam z Walentyną na psychologię społeczną (dwa wykłady). Nawet nie najgorzej było pod względem tematu zajęć, niestety wykładowczyni była jak zwykle tragiczna. Czytała z kartek w dodatku nieudacznie, tak jakby sama nie znała materiału który czyta... Trochę to rozczarowujące było i demotywujące do słuchania. W przerwie jeden z kolegów Wali zadał pytanie jakie ja i wielu moich znajomych na PwZ zadają gdy muszą siedzieć na zarządzaniu finansami firmy, rachunkowości itp. Po prostu przyszły księgowy nie jest w sanie ogarnąć tego co nazywane jest psychologią, dla niego to bzdura... dla mnie bzdurą jest zarządzanie finansami firmy i uczenie się na pamięć wzorów z tego przedmiotu. Chyba Koźmiński mnie rozpieścił, miałam 4 semestry matematyki, 3 semestry statystyki, 3 różne rachunkowości i nie wiem co tam jeszcze i nikt nam nie kazał wzorów uczyć się na pamięć wychodząc z logicznego założenia, że sensu tego nie ma skoro można wszystkie wzory odnaleźć w książkach. I to było logiczne, a tu chcą żebym znała na pamięć wzoru do 5 modeli zadań z zarządzania finansami firmy! Uważam to za kretynizm. Pryz czym Walentyna jak jej o tym napomniałam od razu zastrzegła, że nie mogę tego powiedzieć wykładowcy tutaj bo uzna, że nasze uniwersytety wypuszczają debili. No cóż, to się nazywa punkt widzenia z punktu siedzenia...
Wracając jednak do tematu, po tym jak przesiedziałam w szkole ponad 3 dodatkowe godziny, moim celem był dom a Walentynki spotkanie z jakąś swoją (mi nieznaną osobiście) koleżanką. Zanim jednak się rozstałyśmy poszłyśmy jeszcze po prezent (misia - bo Walentynka misie rozdaje wszystkim) dla koleżanki.No i rozeszłyśmy się w swoje strony.
Wieczorem Walentynka miała do mnie wrócić i nocować. W międzyczasie okazało się, że na straży stoi nieznajomy mi ochroniarz (choć ogólnie chyba był nowy)i że bardzo dokładnie sprawdza dokumenty. Nawet sprawdziłam to, niby nieopatrznie zakrywając palcami zdjęcie w mojej przepustce... Okazało się jednak, że motyw jest nie do przeskoczenia bo ochroniarz zabrał mi z ręki przepustkę i dokładnie sprawdził mnie. Po takiej przygodzie zaczęłam się martwić o to jak przepuścić Walentynę przez ochronę tak żeby nie zostawiać jej dokumentów. Tego popołudnia przewijałam się przed oczami ochroniarza chyba z 6 razy (tam i z powrotem) zagadywając, uśmiechając się kokietując troszeczkę, a wszystko to po to, żeby wieczorem jakimś cudem uległ prośbom o przepuszczenie Walentynki, bo danie łapówki nie wchodziło w grę. Tzn ja bym jej nie dała i Wala też. Dlatego w sprawę wtajemniczyłam Wagifa, który miał ewentualnie za nas to zrobić... Wieczorem przyszła Walentyna i we troje poszliśmy do akademika. Pan ochroniarz mnie już nie sprawdzał i w sumie chyba wszystkich nas nie bardzo sprawdzać chciał więc znów udało nam się przemycić Walentynę na nocowanie w akademiku :).

Przygotowania do imprezki :)
Babski wieczór był w doborowym towarzystwie: Walentyna, ja i "sex w wielkim mieście". No i jeszcze 3 litry wina w kartonie :D. W czasie oglądania filmu Walentyna po prostu mnie rozbroiła jedna swoja genialną frazą. Otóż siedzimy oglądamy film i nagle Wala prosi, żebym spauzowała bo ona musi mnie o coś ważnego zapytać (przy czym z ogromnym zaaferowaniem i powagą w głosie to powiedziała). No więc ja pauzuje a ona: Mariola a mogę zostać twoją starszą na weselu? I tak uroczo potrzepuje rzęskami i się uśmiecha co wyrażać ma słowa - no proszę, proszę zgódź się. :D Wymiękłam, nie ma co... Ogólnie relaks na całego. Tylko zimno było strasznie. Wala ubrała moją bluzę i kurtkę bo tak zimno było (to jest kaloryfer mi grzeje pełną parą ale jakoś wiatr wieje tak mocno że mimo iż mam dwa okna to przedostaje się do pokoju i wychładza go). Spać poszłyśmy około 3ej nad ranem.