Dni jakoś tak szybko uciekają… Pewnie dlatego, że dużą ich część przesypiam lub przesiaduję na necie. Weekend też szybko zleciał.
Piątek miał być bardzo aktywny, tzn. miałam na to nadzieję zważając na to jak wyglądały dwa poprzednie, spędzone z Walentynką dni. Lubię z nią spędzać czas… w ogóle nie lubię sama być, więc nawet jak Wala przychodzi do mnie, żeby uskutecznić sobie drzemkę do mnie to cieszy, że ktoś jest.

Walentynka śpi (a pod kożuchem, bo zimno).
W czwartek Walentynka drzemała a ja latałam załatwiać dokumenty dla przedłużenia wizy, bo ta, którą mam obecnie jest ważna do 8.04 (takie procedury bez sensu, że nie można wydać było wizy na cały pobyt od razu). Jednak zanim poszłyśmy do akademika zahaczyłyśmy o stołówkę :) . I jeszcze jedno miejsce : 2 piętro GZ gdzie tego dnia odbywały się targi pracy. Niestety słabym jestem kandydatem na jakiekolwiek praktyki, dlatego że nie mam obywatelstwa rosyjskiego i pracodawcy boją się formalności związanych z załatwieniem pozwolenia na pracę… szkoda. Na piątek też zapowiadało się spotkanie z Walentyną… Niestety po pierwszej godzinie zajęć zadzwoniła, że jest chora ma 37,8 i leży w łóżku… Fakt, musiałam powstrzymać się od śmiechu i komentarza… Z drugiej strony Wala to takie filigranowe stworzenie, że może rzeczywiście ścina ją z nóg już stan podgorączkowy. Wieczór przesiedziałam w Internecie gadając z Bartkiem i pisząc z Artiomem (moskwiczanin, nawet z tej samej dzielnicy jak Walentynka, ale się nie znają. W tym roku zakańcza moskiewską uczelnię lotniczą). Umówiliśmy się na sobotę na spacer. Tak mnie to ucieszyło, bo już nie mogę siedzieć w jednym miejscu, a z drugiej strony nie mam z kim chodzić na wycieczki a żeby łazić sama musiałaby mnie choć pogoda motywować. A pogoda zdecydowanie demotywująca. W piątek spadło jakieś 4 cm śniegu na suche już chodniki a od piątku jest deszczowo, dżdżyście i mgliście, a dziś na dodatek bardzo wietrznie!
W sobotę miałam wstać o 8mej, żeby spokojnie zdążyć się wybrać na 9:30 na zajęcia. Wyłączyłam budzik, przebudziłam się prawie o 9:30 i stwierdziłam, że już nie pójdę na nie i dalej usnęłam… Wstałam około 13tej obudzona telefonem od Teresy, która potrzebowała żeby coś tam jej znaleźć w jej pokoju i przeczytać. I to dopiero misja była… Bo ja z czytaniem po rosyjsku na bakier bardzo jestem. No ale Teresa dostała co chciała, a ja musiałam już się streszczać z wybieraniem na spotkanie z Tiomą, wyznaczonym na 15tą na jednej ze stacji metra. Swoją drogą mam takie wrażenie, że tu ludzie jak się umawiają na jakąś wycieczkę, spacer itp. to często pkt. spotkania jest właśnie metro. Około 2ej dostałam smsa, że spóźni się jakieś 20 min, i nie dość, że mnie to nie zdziwiło, bo dziwnym to dopiero by było jakby mieszaniec tego miasta nie spóźnił się, to w dodatku ucieszyło mnie to, bo ja też cały czas mam tu jakieś spóźnienia i tym razem też tak było. W sumie spotkaliśmy się o 15:30. I wybraliśmy się na spacer po takim ciekawym miejscu gdzie na powierzchni 20 ha ziemi znajduje się kilkanaście pawilonów dziś pełniących funkcję hal wystawowo-targowych a kiedyś mieściły w sobie największe osiągnięcia ZSRR tak w dziedzinach nauki, techniki czy kultury jak i rolnictwa czy przemysłu.

Najlepsze było hasło : a to była główna chlewnia Związku Radzieckiego, tu trafiały najdorodniejsze i najlepsze okazy zwierząt hodowlanych kraju :D. Myślałam, że umrę ze śmiechu. Pawilon nr 1, czyli najważniejszy budynek całego kompleksu poświęcony był… no i kto z Was wie, na punkcie, jakiej dziedziny Związek Radzicki miał hopla? Podpowiedź na załączonym zdjęciu ;) .
Zaszliśmy też do jednego z pawilonów (ogólnie było późno i większość z nich już nie bardzo pracowała) gdzie była wystawa motyli. Na początku lekka konsternacja…, bo po wejściu do budynku zamiast motyli widziałam stoiska z ciuchami… Ale po przejściu kilkunastu metrów trafiliśmy do kasy biletowej wystawy motyli. Bilet nie tani: 20zł kosztował studencki wstęp na wystawę, która miała jakieś 50metrów kwadratowych. Ale za to motyle były żywe i sobie swobodnie latały po całej powierzchni wystawowej. Ja znam tylko dwie łacińskie nazwy motyli paphilio machaon i pyremeis atalatua i miałam nadzieję, że je tam spotkam i w końcu się dowiem jak wyglądają. Niestety obu nie było. Za to były inne ślicznotki:





I tak 4 godziny łaziliśmy po tym, jak by nie patrzeć robiącym wrażenie kompleksie porównując wszelakie zjawiska występujące w Rosji i w Polsce. Gdy już byliśmy pod akademikiem postanowiliśmy jeszcze na ten plac widokowy, o którym już Wam kiedyś wspominałam się wybrać. I to był dobry krok bo po drodze mogłam zaobserwować kolejne ciekawe zjawisko, taki moskiewski folklor :D .
Była godzina jakaś 21sza. Zbliżamy się co raz bliżej placu widokowego i zaczynam słyszeć głośno grającą muzykę taneczną i jakieś dziwne samochody a na wszechpłynacych od topniejącego śniegu chodniku stoją wesołe małolatki wyginające się w rytm muzyki płynącej z głośników samochodu… Dla pełni glamuru należy wspomnieć o nieustannym błysku fleszy (czyt. Fotkach cyfrówką). I w sumie zjawisko można by było uznać za zwyczajne gdyby nie fakt, że auta o których mówię miały długość jakichś 10-15 metrów :). Młodzi ludzie, który uważają, że osiągnęli w swoim życiu wielki sukces (a tak naprawdę fartem zostali dziećmi swoich bogatych rodziców) w taki oto sposób bawią się w sobotni wieczór, wożąc się po mieście i urządzając sobie pokazy-dyskoteki w co śmieszniejszych (moim zdaniem) miejscach. A najzabawniejsze jest to można było nawet przeprowadzić konkurs na najlepsza objazdową imprezę bo kandydatów parkujących od siebie o kilka metrów było kilku :D. Zdjęcia nie pstryknęłam, bo nie bardzo pewna się czułam… tzn. nie wiem, jaka by była reakcja uczestników prywatki.
A tak już zostawiając folkowe klimaty to powiem, że widok na Moskwę w nocy jest świetny.
W sumie tego dnia chodziłam bezustannie 6 godzin! Przeszłam minimum 15 km, choć myślę, że więcej. Gdy wracałam do domu zastanawiałam się czy będę w stanie wstać z łóżka następnego dnia, bo już wtedy czułam zakwasy.
W niedzielę w końcu wstałam tak, żeby pójść do cerkwi. W sumie miałam istotny powód – imieniny. Ludzi było bardzo dużo na nabożeństwach a co wydało mi się godne zauważenia to to, że około 90 % przystąpiło do Eucharystii. Po służbie jeden z księży zawołał kilkakrotnie: „kto na chrzciny!?” Nie mogłam sobie tego odmówić wiec zabrałam się razem z nim. Chrzciny odbywały się w oddzielnym pomieszczeniu jeszcze w budynku cerkwi. Pomieszczenie to było specjalnie do chrzcin przygotowane. Tego dnia chrzest przyjmowały 3 maleństwa płci męskiej. Co ciekawe, w chrzcie uczestniczyły mamy maluszków a drugiej strony chrzczone robaczki były w całości trzykrotnie zanurzane w wodzie święconej znajdującej się w specjalnym naczyniu ( w kształcie kielicha tyle, że metrowego). Wyjęłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia. I tu zonka zaliczyłam, okazało się, że wzięłam aparat bez karty pamięci a aparat jest w stanie zapisać jedynie 3 zdjęcia. W sumie trzy zdjęcia to nie tak mało a nawet powiedziałabym, że wystarczająco, żeby wam pokazać jak to wyglądało. Problem jest innego rodzaju… nie mam kabla żeby przenieść je zdjęcia z aparatu na komputer. Jak mi się uda to obiecuję pokazać Wam te fotki. Po chrzcinach porozmawiałam chwilkę z księdzem, który udzielał chrztu i okazało się, że ma w Polsce jakichś znajomych czy rodzinę i raz w roku do nich jeździ :).
Po powrocie do domu zjadłam prowizoryczny obiad a potem zaproponowałam Teresie „kubeczek wina” z okazji moich imienin. W sumie wczoraj dużo gadaliśmy. O tym jakie są jej upodobania jeśli chodzi o facetów, gdzie i jak spędza wolny czas, na jakim poziomie zna język białoruski ( a raczej, że go nie zna), jaki jest jej stosunek do Łukaszenki, o tym, jak świetnie funkcjonuje socjal w jej kraju i że na Białorusi wszyscy wiedzą, że Polska cały czas hoduje opozycję dla obecnych białoruskich władz. Wiem też ile kosztuje fikcyjna przepustka, która umożliwia swobodne poruszanie się po budynku GZ z akademikami włącznie. Kosztuje 100 zł. Wiem też, że istnieje proceder nielegalnych mieszkańców akademika i jak to dokładnie wygląda. Nielegalny mieszkaniec płaci za pokój około 1000-1200 zł. W sumie niewiele, zważywszy na to, że kawalerka w Moskwie to 2000-2500 zł.
Wieczorem miałam oglądać z kolegami Kaukazami film przy okazji świętowania moich imienin (najlepsze, że w związku z tym, że są muzułmanami to nie mają pojęcia, co to imieniny). Niestety nie wyszło nam to bo mieli wieczorem jakichś nieoczekiwanych gości i nie mogli przyjść. Sama więc obejrzałam filmy i kiedy około 3 nad ranem zebrałam się spać ktoś zaczął pukać do drzwi. Niestety nie chciał odpuścić mimo, że nie reagowałam. W końcu zapytałam (nie otwierając drzwi), o co chodzi i okazało się że jakiś najprawdopodobniej „spragniony” młodzieniec szukał swojej koleżanki (no bo jak wytłumaczyć to, że pytał o kogoś kto u nas nie mieszka…).
Dziś cały dzień siedziałam w pokoju w stroju piżamowym i zgrzytałam zębami z zimna, bo taki straszny wiatr hula, że dwa okna nie chronią przed nim… Dziś też padał deszcz. No mam nadzieję, że idzie Wiosna i że ten deszcz to po to, żeby jak najszybciej roztopił się śnieg a wiatr żeby szybko wszystko wysuszyć.
Pisałam też dziś kartki pocztowe… i tak sobie pomyślałam, że jeśli ktoś z Was ma ochotę takową ode mnie otrzymać to niech mi poda adres, na który mam ją wysłać.