
Popołudnie zeszło na wybieraniu się na koncert. Chętnych iść było 7 osób ale w związku z tym, że zarezerwowałam 6 miejscówek to poszło nas 5 osób. Przy czym towarzystwo było międzynarodowe i międzykulturowe :
Od lewej węgierski Austriak Wiktor, Masza - Rosjanka (koleżanka Wiktora, Bartek (o właśnie, w końcu macie okazję go poznać), Wagif (Dagistańczyk)& ja :) .
Koncert był o 18tej, wyszliśmy z domu 17:10 teoretycznie spóźnieni jak przystało na Moskwę i tubylców. Tutaj nie spóźnić się jest czymś prawie nierealnym. Ogólnie przez chyba największe na świecie korki ale i przez mentalność. I jeśli ktoś uważa, że stał kiedyś w korku (np. w Warszawie) to zupełnie nie ma pojęcia co znaczy prawdziwy korek uliczny. Może ewentualnie ten kto stal w korku na zakopiance może porównywać się z kierowcą moskiewskim. No ale wracając do spóźnień, Wiktora koleżanka też takowe zapowiedziała. Dlatego umówiliśmy się z nią już na stacji metra gdzie znajdowało się Państwowe Muzeum im. Puszkina. Tzn. od wyjścia z metra jeszcze trzeba było kawałek przejść. I tu się znów zaczęła przygoda. Ruscy nie używają mapy kiedy usiłowałam nią się posłużyć nie dano mi szansy. Wagif zaczął pytać przechodniów jak trafić do potrzebnego nam miejsca. I tu znów niespodzianka, okazuje się ze moskwiczanie znają dwa muzea Puszkina ale żaden z nich nie jest tym, o który nam chodziło. Na na dodatek nawet do tych o których oni myśleli odprawiali nas w różne strony. :) Dlatego kategorycznie wyjęłam mapę i zlokalizowałam obiekt :). Na miejscu okazało się, że wejście było swobodne (tzn. nikt nas nie sprawdzał z nazwiska) wiec i ci dwaj chłopcy, którzy nie poszli w sumie mogli też się z nami zabrać. Jak się okazało na miejscu byliśmy w nielicznej grupie przedstawicieli młodego pokolenia ;). Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie (bo tylko tam było miejsce) co w sumie mnie uradowało bo mogliśmy wygodnie się rozsiąść. Po drodze na koncert przypomniałam sobie jak ja przecież reaguje na tego typu koncerty. Kiedyś kilka razy (w ramach wykonywanej pracy) chodziłam na koncerty organowe. Jak koncert był dobry to zasypiałam w ciągu 5 minut od rozpoczęcia koncertu... I jak już sobie przypomniałam tą zależność to uświadomiłam sobie jak i ten koncert się skończy, o czym uprzedziłam moich towarzyszy. W sumie nie tylko ja przysypiałam, bo i Wagif ledwie trzymał głowę w pionie ;). Maszy i Wiktorowi za to bardzo się koncert podobał :).
W każdym bądź razie mam poczucie wypełnionego patriotycznego obowiązku odświętowania roku Chopina, ale więcej na taki koncert nie pójdę raczej. Po koncercie wróciliśmy prosto do domu.
Aaaa... w czasie tej wycieczki 2 razy o mały włos nie skręciłam nogi... na szczęście obeszło się bez tragedii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz