No co się dzieje… Z od rana dostaję życzenia od przypadkowo spotkanych chłopaków. Podoba mi się to!! Nasi polscy panowie powinni się uczyć jak świętować ten cudowny dzień ich kochanych!!! Zamiast tłumaczyć swoje skąpstwo nie świętowaniem komunistycznego święta czy równouprawnieniem!!! Tu nikt tak tego nie odbiera, każdy po prostu świętuje :).
Pierwsze życzenia zebrałam już w nocy. Od Bartoliniego mojego i od kolegi „z internetu”. No ale szaleństwo zaczęło się jak wstałam! Budziłam się godzinę, jak już mi się to udało postanowiłam zrobić z siebie kobietę (adekwatnie do potrzeb święta). Jak zjeżdżałam na Internet, w windzie dostałam życzenia od chłopaka, który też nią jechał.
Po powrocie z neta stwierdziłam, że trzeba wybyć na miasto dziś koniecznie, poszłam więc do Bartka i zaproponowałam, żebyśmy poszli na obiad do Mu Mu. Obiad zjedliśmy smakowy, Bartek stwierdził, że najlepszy od miesiąca:). Pogadaliśmy i on zmył się do domu a ja pojechałam na Plac czerwony.

Po drodze zahaczyłam o CH, a dokładniej sklep kosmetyczny gdzie zafundowałam sama sobie świąteczny prezent. W sumie wybrałam się na plac, dlatego że miałam nadzieję na jakieś koncerty. Koncertów nie było, poszłam do GUMa przelansować się :), a co… A poważnie chciałam pójść na służbę do cerkwi a nie chciało mi się marznąć na dworze. W sumie to marzłam tylko chyba ja (a byłam w kożuchu), bo laski chodziły jak na załączonym obrazku:

Kiedy wychodziłam z cerkwi zaczepiła mnie popraszajka, nie miałam żadnych drobnych wiec dałam jej 50 rubli, i to był mój błąd bo w tym momencie obczepiło mnie ich kilka!! Masakra! Nigdy więcej, ledwie się od nich uwolniłam. Kiedy już zaczęłam iść w kierunku metra zaczepili mnie wielcy tego kraju i chcieli zrobić sobie ze mną zdjęcie, a raczej chyba żebym ja się pokusiła na zdjęcie z nimi za 100 rubli, ( przy czym za każdego trzeba było dać po stówce). Wielkimi byli Stalin, uwalony w trupa Lenin i podstarzały Piotr I, który postanowił mnie troszkę odprowadzić do metra. Śmiesznie było. W metrze znów ktoś chciał mój nr telefonu ( średnio co drugi dzień jakiś tutejszy ktoś chce mój telefon). W czwartek po coachingowym spotkaniu jeden prosił o numer, potem pan od kwiatów, i dziś dwóch. A uparci są… Straszne to jest. W Polsce jak laska odmówi podać swój nr to od razu odpuszczają, a tu Azjatka mentalność mówi żeby do skutku się dobijać. Masakra… No ale to wina tutejszych lasek. Walentyna mi opowiadała jak to jest… nawet jak lasce podoba się jakiś koleżka to zanim zgodzi się na spotkanie z nim to kilka razy odmawia. Nasz chłopak po drugim podejściu by odpuścił sobie podchody… Ale tu jest inaczej. Z reszą chyba obie strony nawzajem na sobie wymusiły takie zachowanie.

A tu w pewnym arcydziele opaskowym (ja chce je mieć!)W GUMie jeszcze.
Wróciłam do domu i zobaczyłam, że przy windach coś się nakręca, okazało się, że Kazachscy mieszkańcy naszego akademika organizują party ( my takie coś w szkole robiliśmy i akademią nazywaliśmy) dla kobiet z okazji ich święta. Były konkursy, zagadki, wiersze, dowcipy, nagrody itp. No ubawiłam się serdecznie.
I to się nazywa kochać swoje kobiety…




KOMENTARZ WALENTYNY: moskwiczanki nie są szczupłe, a na dodatek im szersza dupa tym krótsza spódniczka i cieńszy obcas.
OdpowiedzUsuń