W Moskwie byliśmy o 9:10 czasu moskiewskiego ( różnica czasowa w stosunku do Polski to +2 godziny). Na dworcu czekała na nas dziewczyna z taką obciachową kartką z naszymi imionami i nazwiskami:)))) i tylko ona z taka kartką czekała.
W ogóle to naród chamski i w ogóle nie pomocny ( to takie spostrzeżenie po dobie obcowania sie z nim) oczywiście mówię o ludziach, którzy cie nie znają, takich postronnych, z ulicy. Pierwszy tego przykład był kiedy pomagaliśmy naszej współpasażerce wyciągać z pociągu jej bagaż, którego ona jedna miała więcej niż my we dwoje. Stoi Bartka walizka na peronie i zaczyna się przechylać i babeczka stojąca obok zamiast, widząc to przytrzymać bagaż, dopiero jak na nią spojrzałam mówi: państwa bagaż zaraz przewróci się. No co za debilizm. No nic. Idziemy szukać marszrutki (będące w stanie agonalnym busiki miejskie, którymi zaszpecona jest cała stolica) jakiejś do MGU. Okazuje się, że i tu panuje prawo dżungli, że choć Aleksandra (dziewczyna, która nas odbierała na dworcu) była w kolejce dość wcześnie i zaznaczyła ze kupuje bilet dla trzech osób i ze jednocześnie zajmuje 3 miejsca, to nikt na nas nie zważał i ładowali się mimo wszystko na nasze miejsca. No i w busie zaczyna się jatka, bo Sasza zaczyna obstawiać babę, że zajęła miejsce które było dla nas... :) - typowe ruskie zachowania, :D zwłaszcza wśród kobiet. Całą drogę jedna drugą uczyła, co wypada a czego nie. Z resztą taki pretensjonalny ton wypowiedzi i obstawianie, kiedy tylko natrafi się okazja jest tu na porządku dziennym. Takie to śmieszne było… Jak tylko wyszliśmy z busa od razu zaliczyłam glebę, dodam ze pierwszą, ale nie ostatnia tego dnia. Zachodzimy do jakiegoś wejścia a tam stoi ochrona, która chce od nas jakiejś przepustki, której oczywiście nie mamy - no bo skąd. no i okazało się, że przez jakie byśmy przejście w którymkolwiek budynku uczelni nie chcieli przechodził to potrzebujemy przepustki albo jakiegoś specjalnego dokumentu. Na początku to było nawet zabawne. Od razu poszliśmy do działu zarządzania akademikami, żeby załatwić wszystkie formalności i móc dostać swoje pokoje. Dokumentów i wszystkiego takiego masa, no i od razu chcieli żebyśmy zapłacili kasę za akademik (z góry za trzy miesiące) no i tu sie zaczęła najlepsza zabawa tego dnia. Dodam, ze kasy dla bezpieczeństwa nie mieliśmy ze sobą a na koncie Citi (mają oddziały w Rosji i kasę z ich bankomatów można wypłacać tu bez prowizji ). Żeby nie ciągać się z rzeczami zanieśliśmy je do kogoś tam ( do jakiegoś pokoju pracowniczego - biura), a sami poszliśmy szukać banku. Na miejscu okazało się, że bankomat wypłaca tylko ruble albo dolary, a ja mam konto w euro i musiałam wypłacać je w rublach. Musiałam dwa razy wypłacić, bo maksymalnie wypłaca jednorazowa 15000 rubli (1500 zł – śmieszna kwota zważając na to w jakim burżujskim mieście się znajduję). Następnie Bartek włożył kartę do bankomatu i co się okazało - że nie ma kasy na koncie. Normalnie wpadł w panikę i mało co się nie rozpłakał. Wtedy wymiękłam. Okazało się, że ten bałwan co zrobił? - w piątek za pośrednictwem poczty!!!! ( bo w Siedlcach nie ma citi) zrobił przekaz na konto!!!! Myślałam, że go tam zabiję! Kim trzeba być, żeby myśleć, że w poniedziałek rano te pieniądze będą na koncie to nie wiem, tzn. wiem, ale głośno nie powiem. Musiałam wyczyścić swoje konto do końca żeby założyć za niego za akademik. Kasę wypłacałam razy 10, bo nie wiedziałam ile jeszcze mogę rubli wziąć, wiec brałam po 1000 do oporu. Okazało się ze można zapłacić za mniej niż 3 miesiące. Więc zapłaciłam za siebie za dwa miesiące i za Bartka za jeden.
Potem poszliśmy robić zdjęcia do dokumentów, no i tu też komedia niesamowita:). W punkcie ksero można zrobić zdjęcie. Ja w przetłuszczonych włosach zaczesanych w kucyk, bez jakiegokolwiek makijażu i w polarku, mam zdjęcie, na którym wyglądam jak moja mama tylko taka po liftingu (a nawet ostatnio jak zrównywałam zdjęcie mamy w wieku 32lat ze swoim tym z ksero to koleżanka powiedziała, ze mama na swoim młodziej ode mnie wygląda... (wyobraźcie sobie jaką tragedią muszę się legitymować przed strażnikami – że też są w stanie mnie po nim zidentyfikować ;) ). Załamujące zdjęcie. Tak jakbym rano i Bartek zrobił mi zdjęcie - przy czym nie nikonem a takim małym aparacikiem. A właśnie - zdjęcie gość zwykłą cyfrówką robił :), a wydrukowane zostało na grubym zwykłym papierze :D i za to zapłacić trzeba było 150 rubli!! A tak w ogóle to wszystko ma inne ceny niż Olga (koordynatorka zajmująca się wymieńcami) pisała, bo wszystko w styczniu podrożało. Przy czym ceny podskoczyły nawet o 30%. Po zrobieniu zdjęć poszliśmy coś zjeść do stołówki akademickiej znajdującej się obok punktu ksero, a następnie do Olgi - fajna dziewczyna, miła, sympatyczna, lat jak na moje oko 30 (dodam, że w międzyczasie okazało się, że moje oko się nie myliło). Tam trochę różnych spraw, następnie po bagaże i do akademika. I tu też mieliśmy przygodę z ochrona. Myślałam, że tam padnę. Wychodzimy z głównego budynku ze swoim bagażem żeby je do akademika przetransportować a przy drzwiach ochrona nas pyta czy mamy przepustkę – zezwolenie na wyniesienie bagażu z budynku! Ja po prostu zamarłam! Okazało się ze w ramach ochrony przed złodziejami wprowadzili zezwolenie na wynoszenie bagażu kiedyś tam! Choć na wnoszenie nie było takiego. W ogóle to się okazało, że nie musieliśmy specjalnie tak obchodzić budynku z zewnątrz, żeby trafić do akademika. Bo mój sektor „Ж” (po rosyjsku korpus – słowo, którego pewnie często będę używać pisząc o swoim akademiku jak też o innych budynkach uczelni, bo to tez korpusy) to jeden z odnóg tego mojego pałacu.
Po drodze po raz kolejny zaliczyłam glebę i połamałam rączkę od walizki i musiałam za tą materiałowa ciągnąć. Trochę niewygodnie, ale Bartek miał i tak większą lipę bo mu wszystkie 3 kółka odleciały, bo były na takim czymś zamocowane a nie bezpośrednio do walizki. Kiedy dojechaliśmy na swoje piętro 7 ( polskie 6te) to zaczęliśmy się zakwaterowywać. Okazało się, że pokoje są jednoosobowe tylko że w jednym segmencie są dwie jednoosobówki. Jest łazienka i kibelek w każdym segmencie (po prostu luksus i szaleństwo). Kuchnia jest oddzielnie na piętrze. Mam farta, bo dziewczyna z którą mieszkam ma lodówkę :D. Bartek trafił do samotnego segmentu i nie ma ani lodówki ani czajnika. A ja u Teresy mam i czajnik :D. No więc mieszkam z Teresą – białoruską afroamerykanką :D. Bardzo wesoła, rozgadana, otwarta dziewczyna. Bardzo sympatyczna. Zostawię na chwilę Teresę i przejdę dalej. Po wejściu do pokoju pani dyżurna – zarządzająca piętrem wyliczyła mi co oddaje na wynajem i kazała mi podpisać. Żyrandol, zasłony, łóżko, koc, muszla klozetowa, parawan prysznicowy :D – to tylko część tego bogactwa, które w swoim pałacu posiadam :D. Zaraz po tym rozpakowałam się i poszłam wykąpać (jakaż to była przyjemność po dwudniowej podróży). Potem znów poszliśmy do Olgi jeszcze coś tam załatwiać. Olga swoje biuro ma w tym samym budynku, w którym będę miała zajęcia. Jakieś 10-15 min od pałacu. Potem wybraliśmy się szukać Auchana (Aszana – Ашана), który znajduje się dość niedaleko bo kolejnych 5-8 min od wydziału ekonomii. Tam Bartek zaopatrzył się w butelkę wódki a ja w jogurty. Wróciliśmy do akademika i postanowiliśmy przy tej wódce obejrzeć Sherocka Holmesa. A po drodze do marketu miałam przygodę z jakąś moskiewską niewychowaną pindą, która nie dość, że mnie ( wychodzącej) nie przepuściła w drzwiach to jeszcze usiłowała zdjąć mnie z łokcia. Nie pozostałam dłużna. Ot taka kolejna przygoda związana z brakiem świadomości zasad dobrego wychowania moskwiczan ;). Teresy nadal nie było wiec jeszcze jej nie poznałam. Przyszła jak już mało i w Butelce zostało i film już się kończył. Ale wypić kielicha zgodziła sie bardzo chętnie :D. Dooglądaliśmy film i Bartek sobie poszedł a ja poszłam spać. I tak minął pierwszy dzień w Moskwie. W ogóle to mam kilka siniaków od tych upadków.
Jeszcze parę słów o pokoju. Pokój mam na 7 (6) piętrze jak już wspominałam. Jest mały, ale nie ciasny w sumie (taki trochę mniejszy od Maciejkowego na Balladyny). Na ścianach tapety, które tu naklejono chyba jak budynek był budowany czyli w 53 roku. Szafa jest wbudowana w ścianę. Łóżko kategorycznie jednoosobowe i takie dziwne. Jest szafka, stół i dwa krzesła. Koniec wyposażenia :D. W pokoju jest bardzo ciepło i bardzo suche jest powietrze. Podłoga jest drewniana, ale bardzo stara. I śmierdzi w tych pokojach, ale czym to nie wiem, taki dziwny zapach tu jest (do którego w sumie łatwo się przyzwyczaić). Najważniejsze, że ciepło. No i woda w łazience ekstra gorąca, co dla biedronki ma duuuuże znaczenie. Widok mam na plac przed swoim skrzydłem pałacu. Na parterze pałacu w części jego główniej w podziemiach funkcjonuje cos w rodzaju miasteczka takiego. Jest wszystko, poczta, bank, pralnia, jadłodajnia, szewc, fryzjer, teatr, sklepy wszystkie łacznie z muzycznym, spożywczym, kwiaciarnią, odzieżowym, cukiernią i nie wiem czym jeszcze. Nawet restauracja jest i sklep jubilerski. W budynku pałacu (GZ – glawnoe zdanie) są też jakieś wydziały, ale akurat nie mój. Normalnie można studiować w Moskwie nigdy w niej nie będąc, ograniczając się do jednego budynku i w sumie nie czuć że ci czegoś brakuje :D. Można wręcz powiedzieć, że o ile Moskwa jest państwem w państwie, to MGU jest miastem w mieście. Na parterze jest też dostęp do bezpłatnego Internetu (z którego to korzystam codziennie, drugie wifi jest na moim wydziale).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz