środa, 24 lutego 2010

вести с прошлого część 1


Nie bardzo wiem jak zacząć opowieść o ostatnich kilkunastu dniach mojego życia, wiec zacznę od początku. W znacznej mierze oprę się na listach, które do tej pory do Bartka pisałam. Dzięki temu uda mi się dość dokładnie odtworzyć wydarzenia ostatnich dni.

06-07.02.2010

Zacznę od tego, że na wymianę z Koźmińskiego do Moskwy wybrał się oprócz mnie jeden chłopak O imieniu Bartek. Znaczna część opisu pierwszych 2-3 dni mojej wyprawy będzie mu poświęcona. Bartka poznałam jakieś dwa tygodnie przed wyjazdem do Moskwy. Szczerze mówiąc po cichu liczyłam, że uda mi się nim troszkę powyręczać, dlatego nawiązałam kontakt przed wyjazdem. W sumie bagażu miałam około 50- 60kg. Okazało się jednak wszystko nie tak. W sobotę, 20 min przed odjazdem autobusu do Lwowa, nie widząc Bartka na dworcu postanowiłam zadzwonić do niego z zapytaniem - na jakim etapie jest, bo w sumie za chwilkę odjeżdżamy. Bartek spokojnym głosem przywitał mnie spokojnym głosem i pytaniem jak się miewam… Wtedy już zrozumiałam, że coś jest nie tak. Okazało się, że kalendarz u Bartka miał opóźnienia jeden dzień. W momencie, gdy powinien załadowywać bagaż do autobusu, on spokojnie grzał się w domu odsypiając imprezkę. Nie pozostało mi nic innego jak wsiadać do autobusu jadącego do Lwowa i spokojnie czekać jak sytuacja się rozwinie. A że organizatorem wyprawy byłam ja to nie bałam się o swój dojazd do Moskwy. Natomiast Bartkowi zostało albo doganiać autobus do Lwowa albo wybrać lot samolotem. Zdecydował, że dojedzie do mnie. Gdy dojechałam do Lwowa była jakaś 20ta, no może trochę wcześniej. Ledwie z tym swoim bagażem wsiadłam do tramwaju jadącego na dworzec kolejowy. Euro (na bilet z Lwowa do Moskwy) wymieniłam zaraz za granicą. W sumie nie straciłam, bo na dworcu dostałabym o 100 hrywni mniej. Jak już byłam na dworcu to nic innego mi nie zostało jak usiąść w poczekalni i czekać na Bartka. Ten pojawił się jakoś przed północą czasu ukraińskiego. No wiec juz nie jechaliśmy do rodziców Igora (chłopaka, który oferując nam nocleg miał nas zbawić od koczowania na dworcu – Dzięki Igor za dobre serce :* ), bo w sumie to juz było trochę za późno. Jak już się Bartek pojawił poszliśmy kupić bilety ( które, dla niewtajemniczonych, były wcześniej zarezerwowane z pomocą Ziutka – dzięki Ziutku :* ). Babeczka wpisuje wszystkie dane, a tu sie okazuje ze rezerwacja wygasła!! Na szczęście były inne miejsca na ten pociąg. Przesiedzieliśmy do rana w poczekalni, przy czym nie spaliśmy prawie całą noc... coś około 5-6 nad ranem zdrzemnęliśmy się na godzinkę. A w międzyczasie, tak jakoś około 2giej w nocy zapytałam Bartka czy też ma w paszporcie wbitą pieczątkę tranzytową - i wtedy okazało się, że nie tylko nie ma pieczątki ale w ogóle to ma nie swój a ojca paszport w portfelu. Na szczęście i ojca nie przepuścili z bartkowym paszportem do Polski :). Drugim fartem był fakt, że w porywie szaleństwa i pragnienia przygody nie wsiedliśmy przed 2 w nocy do pociągu do Kijowa. Bo chcę dodać, że byłą taka alternatywa, żeby zamiast spędzać noc we Lwowie wybierzemy się na małą wycieczkę po Kijowie. Wieczorem w Kijowie wsiądziemy w pociąg do Moskwy i na zaplanowaną godzinę dojedziemy na miejsce.

Jechaliśmy pierwsza klasą, czyli w wagonie z przedziałami, w każdym z nich po 4 leżące miejsca. W przedziale jechaliśmy z taką babcią, sympatyczną, nie marudną, nieskrzeczącą. Taką logiczną i rozgarniętą, bardzo fajnie się z nią rozmawiało. Bardzo. No i tak podróż mijała... Gdzieś po drodze na jakieś 2 godzinki dosiadła się młoda dziewczyna i też od razu zagadała. Jednym słowem cały czas w pociągu przegadany. Przy okazji dowiedziałam sie na jakim poziomie językowym jest Bartek... i stwierdziłam, że każde z was (czytających tego bloga moich znajomych) mogłoby spokojnie jechać na wymianę studencką do Rosji ze swoim poziomem języka rosyjskiego. Bartek nie mówi po rosyjsku - moim zdaniem. On „zruszcza” polskie wyrazy i każde zdanie zaczyna od или, czyli albo. Powiedziałabym też inaczej, że Bartek zna rosyjski na tym samym poziomie, na jakim ja znam angielski. Za to jak wróci do Polski po tym semestralnym kursie językowym to już nie będzie można nas porównać w ten sposób (Bartkowi, jeśli kiedykolwiek przeczyta ten post życzę powodzenia i trzymam za niego kciuki). W pociągu w było strasznie ciepło, co zupełnie mi nie przeszkadzało a raczej bardzo cieszyło, bo ciepłolubek jestem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz